do-gory-nogami blog

    Twój nowy blog
    Wierzyc mi sie nie chce, ze tak dlugo mnie tu nie bylo. Tyle sie dzialo, ze nie wiem od czego zaczac. I w tym problem, bo jak tylko sobie pomysle, o jak wielu rzeczach chcialabym napisac, to mi sie… odechciewa. 

    Wakacje skonczyly sie juz dawno. Udalo nam sie pojechac do Hong Kongu i Makao.
    Chlopcy zaczeli nowy rok szkolny, Jamie jest w drugiej klasie, a Kai w zerowce.
    Zaliczylismy kolejny wyjazd do Sydney, na kolejne wesele.
    Wzielam na siebie za duzo obowiazkow w szkole chlopcow; ostatnio czuje ze moglabym sie tam wprowadzic i zaoszczedzic na mieszkaniu ;-)
    Za tydzien odbedzie sie doroczny Koncert Swiateczny w szkole chlopcow. Jestem odpowiedzialna za scenografie i po nocach juz mi sie snia wszelkie mozliwe katastrofy z tym zwiazane…
    Do tego jeszcze dostalam prace, chwilowo w niewielkim wymiarze godzin i z domu, ale to tak zebym sie przypadkiem nie nudzila, jak znajde wolna chwile ;-)
    Ostatni weekend zas spedzilam w Bangkoku na damskich szalenstwach.

    To tak w skrocie, od czegos zaczac trzeba :-)

    Zyje, nie zaginelam i mam sie dobrze.
    Mam tez wakacje. Szkolne. 

    Odzwyczailam sie juz od dzieci „na caly etat”. Dzieci tez sie niestety odwyczaily od po prostu wakacyjnego leniuchowania. Szkola nauczyla ich, ze dzien wypelniony ma byc ciekawymi i stymulujacymi zajeciami… Wypelniam wiec i stymuluje, ale bez przesady. Dzieciom potrzebna jest tez po prostu taka kreatywna, samodzielna zabawa.

    Problem w tym, ze jest sezon monsunowy, a wiec pogoda kiepska.
    Problem tez w tym, ze w tym roku jakos wszyscy znajomi postanowili wyjechac na wakacje w swe rodzinne strony i nawet nie bardzo jest sie z kim spotkac.
    Kolejny problem to to, ze lokalne szkoly wakacji nie maja, wiec poza zwyklymi atrakcjami, nic specjalnego sie nie dzieje.
    A do tego jeszcze zarzad naszego kondominium wybral wlasnie te dwa miesiace, podczas ktorych moje dzieci sa na wakacjach, zeby robic remont. Czyli mam rusztowania na zewnatrz i basen, ktorego nie moge uzywac…

    Uciekamy wiec z domu kiedy tylko sie da, zaliczamy po raz kolejny muzea, zoo, park ptakow…

    tadpole catching

    Najchetniej ucieklibysmy z Singapuru, ale troche juz sie w tym roku najezdzilismy, a we wrzesniu czeka nas kolejny wyjazd do Sydney, na kolejne wesele… Moze uda sie pojechac choc na pare dni do Hong Kongu, odwiedzic znajomych. Malzonek jedzie sluzbowo, wiec moze my na doczepke…. 

    Chwilowo zas Szkola Przetrwania ;-)



    Lipy i jasminy, i stare milosci, i tance do rana….
    Starzy dobrzy znajomi, ktorych czas wcale bardzo nie zmienil…
    Wspomnienia czajace sie za kazdym rogiem…
    Wszechobecny zapach truskawek…

    Powrocilam wlasnie z podrozy sentymentalnej.
    Ktores tam „lecie” matury, nie chce pamietac ktore ;-)
    Jak sie starzec, to z hukiem. 

    Moi panowie jakos dali sobie rade. Dzieciaki juz domylam, podlogi tez. 
    Powrot do codziennosci…

    Mowi sie o Singapurze, ze to taka „Azja dla poczatkujacych”.
    I racja. Miasto nowoczesne, o „szoku kulturowym” mowic wlasciwie trudno, chyba ze ktos do podrozy nie jest przyzwyczajony.
    Szok to jest dopiero, gdy nowo poznani w podrozy ludzie zaczynaja opowiesc od „gdy wlasnie przechodzialam moja piata malarie…”.

    Meret i Michell, nasi nowi znajomi, mieszkaja w Vientiane – stolicy Laosu. Jako szwajcarscy dyplomaci mieszkali juz w Beninie, Izraelu i Kambodzy, maja wiec o czym opowiadac. Nas interesowalo zwlaszcza to, jak sie mieszka tzw „expatom” czy „farangom” (czyli bialasom) w Laosie. Mieszka sie ciekawie.

    Maja fajny domek z ogrodkiem. Maja straznika, ogrodnika i sluzaca. Maja tez czesty brak pradu, czasami kobry w ogrodku oraz supermarket, w ktorym wybor artykulow pochodzenia zachodniego jest, ze tak powiem, ograniczony. Francuskie wina zas w calkiem niezlej cenie, zwlaszcza porownujac z Singapurem ;-)

    Najgorzej jest jednak z opieka medyczna. Lokalnego szpitala unika sie jak ognia. Jest dwoch lekarzy, do ktorych ustawiaja sie w kolejce tlumy: jeden przy ambasadzie francuskiej, drugi przy australijskiej. W razie naglej potrzeby jedzie sie do szpitala w Tajlandii. Najblizszy, z maszyna do rentgena na przyklad, jest oddalony od 60km (Vientiane lezy niedaleko granicy z Tajlandia). Jesli zajdzie taka potrzeba, chorego wsadza sie w prywatny samochod, na granicy zas przenosi sie go do tajskiej karetki. Problem w tym, ze granica w nocy jest zamknieta. Lekarze maja swoje sposoby na zorganizowanie jej otwarcia w naglych przypadkach. W najgorszym razie korzysta sie z helikoptera – podobno kazdy ma przypiety na lodowce numer tego prywatnego serwisu. Z helikopterem tez jest problem: prywatny helikopter nie moze leciec bez obecnego na pokladzie personelu wojskowego, w razie naglej potrzeby najpierw trzeba taka obecnosc zorganizowac… Cos mi sie wydaje ze pare osob niezle na tym zarabia.

    Pojechac do Laosu w celach turystycznych na pare dni to jedno, mieszkac tam to zupelnie cos innego… 


    W Laosie, podobnie jak w Tailandii i Kambodzy, Nowy Rok obchodzi sie w kwietniu. Obchody trwaja teoretycznie 3 dni (13-15 kwietnia), praktycznie zas jest to impreza trwajaca caly tydzien.

    Glowna rozrywka jest wodna bitwa, przy uzyciu kublow, szlauchow i pistoletow na wode. Wzdluz ulic zbieraja sie grupy mlodziezy z gotowym calym wodnym arsenalem. Nie przepuszcza nikomu, czy to pieszy, czy zmotoryzowany. Zmotoryzowane grupy w odwecie polewaja grupy chodnikowe. Woda leje sie strugami. Polski Lany Poniedzialek niech sie przy tym schowa. Przy 40-stopniowym upale kazdy gotowy jest przylaczyc sie do takiej zabawy. Tyle ze gdy cala woda z miejskiego wodociagu ladowala na ulicach, z hotelowego prysznica ledwie cos tam kapalo…


    Polewanie sie nawzajem woda ma przyniesc pomyslnosc w Nowym Roku. Woda jest symbolem oczyszczenia i odnowy. Oblewaja sie wiec nawzajem wszyscy, i to z usmiechem na ustach. Nawet buddyjscy mnisi sa mokrzy. Policjanci tez chodza w mokrych mundurach. 

    Charlie's Angels


    Woda bywa czasem kolorowa, do tego dochodzi jeszcze smarowanie twarzy bialym talkiem czy maka ryzowa i czarna pasta (podejrzanie przypominajaca paste do butow). Wszyscy chodza wiec mokrzy, kolorowi i przypudrowani. Widocznie jak juz woda ma nas oczyszczac, najpierw nalezy sie porzadnie wybrudzic… 


    W buddyjskich swiatyniach tymczasem odbywa sie oblewanie na modle nieco bardziej tradycyjna. Posagi Buddy skrapiane sa galazkami maczanymi w kubelkach z perfumowana woda, w ktorej plywa kwiecie. Ludzie tez sa oblewani, lecz nieco bardziej z umiarem, kubeczkami tej pachnacej wody. Mnisi udzielaja noworocznych blogoslawienstw, zawiazujac kolorowe sznureczki na nadgarstkach wiernych. Gdzies slyszalam, ze nalezy odwiedzic conajmniej 9 swiatyn, aby zapewnic sobie powodzenie w nowym roku.

    Sabaidee Pimai!


    Wieczorem ludzie udaja sie nad Mekong, w Luang Prabang zas przeprawiaja sie lodziami na piaszczysta wyspe posrodku rzeki, aby budowac zamki z piasu. Cale rodziny i grupy przyjaciol buduja stozki z piasku, zwane stupami. Dekoruje sie je piaskowymi kulami, w piasek wtyka sie papierowe flagi ze znakami zodiaku i kwiaty, wszystko to posypuje sie maka, na koniec zas zapala sie swieczki. Tak zbudowana stupa ma zapewnic ochrone przed choroba i zapewnic powodzenie w nowym roku. Ludzie wierza tez, ze kazde ziarnko piasu uzyte do budowy stupy, to wybaczony grzech z minionego roku.


    Jedna z tradycji noworocznych jest tez wypuszczanie na wolnosc zwierzat, glownie ptakow. Podarowanie ptakowi wolnosci, poza tym ze jest to dobry uczynek, ma na celu oswobodzenie siebie samego od choroby i nieszczesc w nowym roku.


    Do tego wszechobecna muzyka, odswietnie ubrani ludzie, jarmarki, uliczne tance, barwne parady… 
    Jednym slowem wspaniale i niezapomniane przezycie, ktore na dlugo utkwi nam w pamieci…
     

    Laos jest malym panstewkiem w Azji Srodkowo-Wschodniej, ktore dopiero od niedawna przezywa najazd turystow.

    Francuscy kolonialisci pozostawili po sobie sztuke wypieku chrupiacych bagietek i croissantow, tudziez nieco perelek kolonialnej architektury.
    Po amerykanskich bombowcach pozostaly miliony niewypalow, ktore do dzis zabiaja i kalecza lokalna ludnosc. W latach 1964-73 Laos byl bombardowany 580,344 razy, czyli srednio co 9 minut przez 10 lat…
    Do tego krolewska przeszlosc, japonska okupacja, ogromne wplywy Buddyzmu Theravada i komunistyczna wspolczesnosc – co za mieszanka!

    Podczas naszej podrozy odwiedzilismy jedynie stolice – Vientiane, oraz dawna stolice, umieszczona na liscie zabytkow UNESCO – Luang Prabang.
    Pisac wiec o Laosie na podstawie jedynie tych dwoch miejsc to tak, jak pisac o Australii na podstawie odwiedzin w Sydney i Canberze.

    Ogolnie jednak mowiac, Laos przypadl nam do serca. Zwlaszcza zas jego mieszkancy, ludzie niezwykle przyjazni i usmiechnieci. Bardzo szybko przyswoilismy sobie laotanskie powitanie „Sabaidee!„, slyszac je bezustannie… 
    Sabaidee!
    Jaki jest Laos…
    Laos to mgliste poranki na Mekongu…
    travels in sepia looking for gold
    Szafranowe szaty mnichow, ktorzy kazdego ranka zbieraja jalmuzne od lokalnej ludnosci…
    Pindapata in Luang Prabang
    Buddyjskie swiatynie polyskujace w sloncu zlocistym przepychem….

    Zycie jeszcze wciaz na tyle nie zmienione przez wplywy zachodnie, ze mozna posmakowac nieco autentycznej Azji…

    Porosnietych dzungla wzgorz wokol miast niestety wlasciwie nie widzielismy – przyslanial je dym z wypalanej dzungli wlasnie. Wypalanej pod uprawy drzew kauczukowych czy plantacji palm olejowych. Korupcja i brak regulacji sprawia, ze intratne uprawy przynosza zyski zagranicznym inwestorom, a nie mieszkancom Laosu, dla ktorych pozostaje utrata ziemi i przesiedlenia.

    Wiszacy w powietrzu dym nadawal calemu otoczeniu odcien sepii. Do tego suchy upal, jakze odmienny od singapurskiej sauny…
    W Laosie bylismy akurat pod koniec pory suchej. Wyschnieta ziemia, bezwodne wodospady, pyl i kurz – i zmeczona natura, i ludzie z utesknieniem wygladali deszczu. Wlasnie o tej porze roku w Laosie obchodzony jest Pimai – laotanski Nowy Rok. Obchodzony hucznie, radosnie i mokro… Ale o tym juz w nastepnej notce.

    To jest laotanski srodek transportu, tuk tuk:

    tuk tuk

    A to jest Jamie delektujacy sie grillowana kurza nozka (z wlasnego wyboru):

    James has a peculiar taste...

    Dodajmy do tego laotanskie wyboiste drogi i mamy rezultat: wypadl zab numer 7. 
    (Zdjecie „po” jest nazbyt makabryczne dla publicznego ogladu ;-))

    Zab numer 7 przebija jedynie zeba numer 5, ktory wypadl na Sulawesi. Jamie z tata wybrali sie na snorkeling. Tato chcial w pewnym momencie pomoc synowi oproznic wode z maski i wyjmujac rurke… wyjal zeba. Udalo mu sie nawet tego zeba dopasc, zanim siegnal koralowego dna. Nastepnie zas zarzadzil natychmiastowy odwrot do wybrzeza, bo rekiny w tych wodach od czasu do czasu sie pojawiaja….

    Tooth Fairy musi sie ciezko napracowac kolekcjonujac Dzemikowe zeby… Zaczela nawet placic w walucie lokalnej, bo on te zeby bardzo miedzynarodowo gubi :-)
    Odwiedzilismy juz Kraine Tysiaca Usmiechow, Przyjazne Wyspy, Kraine Dlugiej Bialej Chmury, Kraj Spokojnego Poranka, Kraine Ponizej Wiatru…

    Przyszla pora na…. Krolestwo Miliona Sloni. 

    Dzieciaki maja wlasnie wielkanocna przerwe w szkole, trzeba korzystac.
    Torba juz prawie spakowana. Polowa zawartosci to specyfiki przeciwkomarowe w formach najrozniejszych… 
    Zapowiada sie ciekawie :-)
     

    Happy Easter!

    Trzeba pokazac dzieciom, ze Wielkanocne jajka bywaja nie tylko czekoladowe ;-)

    Wesolych Swiat!

    W ramach doksztalcania sie zaczelam nauke… gotowania. Lokalnych specjalow oczywiscie. Kiedys stad bowiem wyjedziemy i bedzie mi pewnych rzeczy brakowalo.

    Na pierwszy ogien poszla kuchnia poludniowo-indyjska, a dokladnie moja ulubiona Dosai Masala.

    Dosai to taki pyszny, chrupiacy nalesnik z ryzu i soczewicy. W stylu masala podawany jest z nadzieniem ziemniaczanym, do tego sambar (soczewica + warzywka) oraz sosy (chutney).

    W sumie przyrzadza sie prosto, tyle ze trzeba to danie planowac z duzym wyprzedzeniem. Bo ryz i soczewice moczy sie prze 12 godzin, potem miksuje, doprawia i odstawia na nastepne 5-8. W miedzyczasie mozna zaczac sie bawic w robienie sosow i nadzienia. W kuchni indyjskiej smak potraw osiaga sie stopniowo- najpierw dodaje sie przyprawy sproszkowane, potem przychodzi czas na Turkah – smazone nasiona i liscie. Sam proces zas tworzenia indyjskich smakolykow jest pelen aromatow…. Tyle ze czasochlonny.

    Wersja dla leniwych: hinduska restauracja wegetarianska w singapurskim Little India, gdzie Dosai Masala mozna zjesc za jakies 4S$ ;-) 


    • RSS